Berland ograł lidera

Kto spodziewał się dobrego widowiska w Komprachcicach nieco się „pomylił”, bo było ono wręcz kapitalne! To była wręcz reklama naszego futsalu. Było w tym meczu wszystko za co kibice kochają ten sport. Dużo goli, zwroty akcji, mnóstwo kapitalnych zagrań i strzałów, wspaniałe parady bramkarzy i emocje do ostatnich sekund.

Zaczęło się jednak dla miejscowych fatalnie. Nie dość, że po ośmiu minutach przegrywali 0-2, to jeszcze boisko z czerwoną kartką musiał opuścić jeden z ich liderów Mateusz Mika. A mogło być jeszcze gorzej, bo to on chwilę wcześniej wybił piłkę z linii bramkowej, z kolei Siergiej Burduja obronił rzut karny. Do tego już na tym etapie Berland miał pięć przewinień!

– Dla kibiców takie mecze to chyba wymarzony scenariusz – zastanawiał się Patryk Kilian. – Dogoniliśmy rywala, była wymiana ciosów, było szczęśliwe zakończenie – obrazował sytuację.

– Było też jednak ciężko, na szczęście szybko ochłodziliśmy głowy, podnieśliśmy się z kolan, dostosowaliśmy się do tego co mówił trener, żeby cierpliwie budować akcję, a coś się wyklaruje i tak się stało.

– Tak dobry początek nas chyba zgubił – zauważał z kolei golkiper Orła Maciej Foltyn. – Myśleliśmy, że mecz jest już pod naszą kontrolą, tymczasem determinacja rywali była na wysokim poziomie, my nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić, a ich to jeszcze bardziej nakręcało.

To właśnie wspomniany Kilian dał pierwszy impuls do ataku, gdy tuż po upływie półmetka pierwszej połowy sprytnie zagrał wzdłuż linii pola karnego do Adriana Zyli, a ten lobem skierował piłkę do siatki. Po upływie kwadransa gry natomiast z gapiostwa rywali skorzystał Michał Zboch kapitalnie wykonując rzut wolny pośredni z linii pola karnego.

Podopieczni Dariusza Lubczyńskiego cieszyli się tylko przez około minutę, bo przedłużony rzut karny wykorzystał Coelho. To jednak nie koniec emocji w tej odsłonie gdyż znowu wykazał się Kilian. Tym razem na raty obsłużył Markusa Przywarę i zabawa zaczęła się od nowa.

Z szatni oba zespoły wyszły jednak dużo ostrożniejsze i przez długi okres nic tak ważnego jak w pierwszej połowie się nie działo… choć Burduja i tak miał co robić. Wreszcie rozkręcili się też jego koledzy z pola i Grzegorz Nowak uratował Orła, ale niebawem miejscowi wyszli wreszcie na prowadzenie.

Arkadiusz Gibała uruchomił na prawej stronie Zbocha, ten na pełnej szybkości oszukał obrońce i tak wystawił piłkę Przywarze, że ten nie mógł nie trafić. Za chwilę mógł on skompletować hat tricka, jednak zatrzymał go Maciej Foltyn.

Tymczasem trener rywali nie zamierzał zwlekać i zaczął korzystać z usług „lotnego bramkarza”. To niebawem mu się opłaciło, gdyż Nowak kropnął z tzw. czuba i nasz golkiper był bez szans. Emocje rosły z sekundę na sekundę, a mimo remisu goście wciąż grali z przewagą zawodnika w polu. Tym razem to się zemściło, bo w prosty sposób stracili piłkę, przejął ją Przywara, zagrał do Zyli, ten mu odegrał i znowu zapanowała radość wśród miejscowych.

– Myśleliśmy o trzech punktach, jeden nas nie zadowalał, stąd taka gra – przyznawał Jesus Lopez Garcia, szkoleniowiec Orła. – W najpiękniejszych nawet myślach o tym meczu nie przypuszczałem, że tak dobrze się to dla nas wszystko zacznie. A mimo to, nie potrafiliśmy potem z tego skorzystać i skończyło się katastrofą.

Zaraz jednak znowu mógł być remis, jednak w sobie tylko wiadomy sposób Burduja kapitalnie powstrzymał Gutierreza, choć ten miał odsłoniętą prawie całą bramkę. Wówczas to goście przypuścili już totalny atak. Na to tylko czekał Michał Zboch, który trzykrotnie przejmując piłkę w różnych miejscach boisku próbował błyskawicznych lobów. Za trzecim razem ta sztuka mu się udała i 20 sekund przed końcem stało się jasne, że żadna krzywda jego drużynie w tym meczu już się nie stanie.

– Ktokolwiek pojawił się na tym meczu na pewno nie żałował, zobaczył kawał dobrego futsalu – nie krył kapitan naszego zespołu Michał Zboch. – Zresztą każde spotkanie u nas jest bardzo emocjonujące. Ta hala jest naszym atutem i każdemu rywalowi będzie ciężko stąd wywieźć jakiekolwiek punkty. Co do tego akurat spotkania to mimo trudnego początku nie mieliśmy momentu zwątpienia. Musieliśmy tylko zmienić taktykę, bo ta czerwona kartka pokrzyżowała nam plany, ale podnieśliśmy głowy i podjęliśmy niesamowitą walkę. Nie trzeba było nikogo motywować, a to mi się podoba. Skorzystaliśmy też z tego, że to rywal musiał, my mogliśmy i okazaliśmy przy tym opanowanie.

– Bardzo chcieliśmy tego zwycięstwa, dążyliśmy do niego cały czas, a ono znowu daje nadzieje, że jeszcze możemy się włączyć do walki o wyższe cele – podsumowywał natomiast jego kolega z ekipy Andrzej Sapa.

Berland Komprachcice – Orzeł Jelcz-Laskowice 6-4 (3-3)

Bramki: 0-1 Kilian – 3. samobójcza, 0-2 Nowak – 8., 1-2 Zyla – 11., 2-2 Zboch – 15., 2-3 Coelho – 16., 3-3 Przywara – 18., 4-3 Przywara – 31., 4-4 Nowak – 33., 5-4 Przywara – 38., 6-4 Zboch – 40.

Berland: Burduja – Szwed, Mika, Gibała, Zboch – Sapa, Przywara, Gawin, Zyla, Kilian, Małek.

Trener Dariusz Lubczyński.

Orzeł: Foltyn – Nowak, Synowiec, Gutierrez, Coelho – Rojek, Nowakowski, Witek, Matejko. Trener Jesus Lopez Garcia.

Sędziowali Piotr Koloczek (Katowice) i Łukasz Chowaniec (Kraków).

Widzów 300.